Gęś? To się musi opłacać!
 Rozmowa z Andrzejem Tęczą, hodowcą gęsi z Ciężkowa w gminie Szubin, laureatem tegorocznej nagrody Lider Promocji Polskiej Gęsi, przyznawanej przez krakowski Instytut Zootechniki

Dlaczego zdecydował się Pan na hodowlę gęsi? Przeważyła tradycja czy raczej opłacalność?

Dziś mogę powiedzieć, że jednak opłacalność, a właściwie stabilność dochodów z tej produkcji. Startowaliśmy w latach 90-tch . Ja zajmowałem się wtedy głównie produkcją trzody chlewnej i mając nowoczesną, automatyczną chlewnię na 1000 tuczników rocznie nie mogłem poradzić sobie z ciągłymi wahaniami cen i popytu na prowadzoną produkcję. Był to okres, kiedy rolnictwo ponosiło najwyższą cenę transformacji po 89. roku. Zacząłem rozglądać się za czymś nowym, mniej powszechnym i tu wróciłem trochę do tradycji. W latach 75-88 prowadziliśmy z ojcem hodowlę kaczek reprodukcyjnych, dopóki stan wojenny, a głównie późniejsze restrykcje Stanów Zjednoczonych (embargo na kukurydzę do Polski) nie położyły tej produkcji w całym kraju.

Pojechałem do rodziny koło Lipna i ku mojemu zdumieniu stwierdziłem, że  w czasach, kiedy w naszej okolicy, gdzie mamy dobre ziemie, większość gospodarstw sobie nie radzi i upadała, moi kuzynowie prowadzą właśnie hodowlę gęsi i na gorszych ziemiach radzą sobie bardzo dobrze, budują piękne domy, dokupują ziemi, inwestują. Pomyślałem, że coś w tym musi być. I postanowiłem spróbować.
 


Czy hodowla gęsi to bardzo ciężka praca?

W 1999 roku zaczynałem od stada 500 sztuk niosek i dwóch rzutów po 1000 sztuk tuczu gęsi owsianej. W następnych latach stale powiększałem produkcję. Tak, że dziś wielkość stada reprodukcyjnego waha się zależnie od roku w granicach 2500-3000 sztuk. Ze względu na ograniczoną powierzchnię i bezpieczeństwo hodowli nie prowadzę produkcji gęsi na tucz owsiany. Jako że gęsi nie dały się stłoczyć w klatki jak kury czy indyki i muszą korzystać z łąk i pastwisk. W moim przypadku głównie pasą się na ścierniskach po zbiorach zbóż, karmione są zielonkami kukurydzy, a w listopadzie i grudniu zajadają się marchwią i innymi plonami z zaprzyjaźnionego gospodarstwa ekologicznego z sąsiedniej wsi.

W 25-hektarowym gospodarstwie na stałe pracujemy z żoną Magdaleną i trzema córkami plus jeden pracownik stały. Nie mogę powiedzieć, że jest to bardzo ciężka praca fizyczna.  Wymaga natomiast dużej dyscypliny, punktualności, reżimu dokładności i zaangażowania, szczególnie w okresach odchowu piskląt (ok.4 tygodnie) i nieśności (od stycznia do czerwca). Przy tej produkcji można jednak znaleźć czas dla siebie czy zaplanować wczasy.

Na jaki rynek trafia Pańska gęsina? Jak ocenia Pan perspektywy europejskiego rynku tego produktu i związane z tym szanse dla polskich producentów?

Wielkość produkcji w naszym gospodarstwie to ok. 120 tysięcy jaj wylęgowych rocznie, które trafiają do zakładów lęgowych, a pisklęta z tych zakładów rozprowadzane są na fermy tuczu owsianego, do kół gospodyń wiejskich i chowu zagrodowego.
 

 
Jeśli chodzi o perspektywy rynku europejskiego, to należy zadbać o dalsze utrzymanie naszej bardzo silnej pozycji, bo jest to perełka naszego eksportu rolnego. Wielką szansą dla polskich producentów są rynki Niemiec i Japonii. To się po prostu musi opłacać! Największą naszą konkurencją są Węgrzy.  

Ale, skoro jesteśmy na powrót w Europie (ze wszelkimi konsekwencjami), a rynek eksportowy jest dość stabilny, musimy też zadbać o rozwój spożycia gęsiny w kraju, czy to przez zwiększenie oferty w sklepach, czy też powrót do zwiększenia chowu przyzagrodowego. Trzeba podkreślać wspaniałe właściwości gęsiny, nie tylko jej walory smakowe, ale też zdrowotne. Polska jest największym producentem gęsiny w Europie, a mimo to zjadamy jej w kraju śladowe ilości, zaledwie 17 gramów rocznie na osobę. Nie powinniśmy pozwolić, aby delikatesami które produkuje się w naszym kraju zajadali się wyłącznie nasi zachodni sąsiedzi. Warto przywrócić tradycję, by nasze społeczeństwo coraz częściej po nie sięgało.